Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinarki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinarki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 września 2013

Wspomnienia z Restaurant Day w Ptasim Radiu

Jak pisałam w swoim poprzednim poście, 18.08.2013r. brałam udział jako współorganizatorka Restaurant Day w Czarnej Wsi Kościelnej, w gospodarstwie agroturystycznym Ptasie Radio. Prawie miesiąc później postanowiłam w końcu opisać swoje wspomnienia - o wrażeniach raczej już zbyt późno mówić ;)


Etap pierwszy: planowanie i przygotowania.


Po dłuższym namyśle postawiłam na kuchnię fusion. Miało być tanio i warzywnie, a więc połączenie kuchni polskiej z włoską wydało mi się być zupełnie na miejscu. Zdecydowałam się na sałatkę z fasoli i pomidorów, lazanię ze szpinakiem oraz ... nie do końca włoskie brownie z pomarańczą :)

Pomysł na sałatkę powstał w wyniku inspiracji przeczytanej niedawno książki "Tysiąc dni w Toskanii" autorstwa Marleny de Blasi. Książkę zdecydowanie polecam wszystkim miłośnikom nie tylko kuchni włoskiej, ale też kultury i obyczajów (być może zbiorę się na recenzję). W książce przedstawiane były opisy i przepisy na fasolę na ciepło, w towarzystwie rozmarynu, oliwy i czosnku, ja postawiłam jednak na sałatkę na zimno.

Ugotowałam fasolę (czemu zawsze wychodzi mi to dwa razy dłużej niż w przepisach??), dodałam do niej pokrojone pomidory, kawałki rukoli, sól, pieprz, mały starty ząbek czosnku i olej lniany. Sałatka była całkiem smaczna i sycąca, ale ze względu na podróż w samochodzie i spędzenie czasu w cieple, trochę "zwiędła". Jeśli następnym razem bym ją przygotowywała, to podałabym ją w zupełnie inny sposób - na liściach rukoli układałabym doprawioną fasolę, a całość przybrała kawałkami pomidorów. Dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę swój błąd ;)

Na danie główne przygotowałam lazanię ze szpinakiem i cukinią. Przepis klasyczny - makaron, beszamel, ser, ale zamiast sosu bolońskiego użyłam plastrów cukinii (surowych, układanych na przemian z innymi warstwami) oraz szpinaku, podduszonego na maśle z oliwą, czosnkiem, solą i pieprzem. Wyszły mi trzy blaszki ;) Wierzch lazanii pokryłam oliwą wymieszaną w moździerzu ze świeżymi ziołami, solą, pieprzem i czosnkiem, z góry więc przepraszam, jeśli komuś trafiły się stwardniałe gałązki tymianku ;)

Wszystkie porcje rozeszły się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki... oprócz jednej, która jakimś trafem wyszła zbyt zimna.

Na deser zrobiłam brownie z pomarańczą. W zasadzie to nie tyle zrobiłam, co próbowałam zrobić - tym razem wyszedł mi jakiś cienki placek, a nie porządne brownie. Nie wiem tylko, czy użyłam za mało składników, czy miałam za dużą blaszkę czy może czekolada była nie taka jak trzeba? A może po prostu za krótko składniki ubijałam i nie otrzymały wystarczającej puszystości? Tak czy siak - było dobre, a wiem to stąd, że jedną blaszkę przywiozłam do domu i całość zjadł Wojtek na kilka kolejnych śniadań ;)

Do ciasta "brownie'owego" dodałam kandyzowaną skórkę pomarańczy i grejfrutów (własnoręcznie parę miesięcy temu zrobioną), a kawałki ciasta podawałam z sosem pomarańczowym robionym z syropu cukrowego oraz plastrów pomarańczy w nim gotowanych z laską cynamonu (miały być karmelizowane plastry pomarańczy, ale cóż, troszkę się rozgotowały - nie wyszło im to jednak na złe) oraz kawałkiem świeżej pomarańczy. Jak smakowało takie zestawienie - nie wiem, ale sos robił furorę nawet po całym dniu, kiedy to organizatorzy i ich Pomocnicy wyjadali go łyżeczkami z pojemnika ;)

Agnieszko: bardzo bym chciała Ci podać przepis, o który prosiłaś, ale niestety nie mam przepisu swojego - prawie wszystko robię na oko. W przygotowaniu tego sosu chodzi o to, aby wpierw zagotować syrop z cukru, taki jak na kandyzowaną skórkę pomarańczy, wrzucić do niego laskę cynamonu, a następnie plastry pomarańczy. Ilość plastrów zależy od ilości syropu. Korzystałam mniej więcej z tego przepisu (klik), ale chyba gotowałam pomarańcze zbyt długo i dlatego wyszedł sos, a nie kandyzowane plastry ;)


Etap drugi: podróż


Udało mi się mojego Wojtka namówić, aby mnie zawiózł na Restaurant Day. Impreza odbywała się około 20km od naszego miejsca zamieszkania. Wojtek jest jeszcze kierowcą dość początkującym - o ile po Białymstoku jeździ całkiem nieźle, to jednak, aby dojechać do Ptasiego Radia, musiał dokładnie przestudiować... powiedzmy, że pewną stronę z trasami pokazanymi w realistycznych zdjęciach ;) Ja przejrzałam jedynie mapy satelitarne z lotu ptaka, więc wymądrzać się w drodze nie mogłam, choć i tak Wojtek mnie pytał, gdzie trzeba skręcić.

Jakoś tak się stało, w miejscu, po którym się zupełnie tego nie spodziewaliśmy, że wjechaliśmy w ślepą uliczkę (oboje nie widzieliśmy znaków to sygnalizujących; jak się potem okazało, jest to stara droga na Czarną Białostocką, która prowadzi wzdłuż nowej przez jakieś pół kilometra, ale która kończy się... w lesie ;) ), a przy cofaniu Wojtek się zagapił (może to ja go zagadałam?) i zawisł kołem nad rowem. Próbowaliśmy jakoś samochód wypchnąć, trochę go podważyć kamieniami czy kłodami, które znaleźliśmy, ale niestety - nic z tego. Do docelowego miejsca było na szczęście dość blisko i przyjechał po nas Maciek, mąż Edyty z Eko Quchni, który nas uratował - samochód zostawiliśmy na parę godzin, pojechaliśmy z przygotowanymi potrawami (nie tylko moimi, ale też innej współorganizatorki, Ani) i dotarliśmy w końcu na pole bitwy.


Etap trzeci: kamera... akcja!


Kiedy wnieśliśmy nasze klamoty do kuchni Marty, zastaliśmy duży harmider i chaos. Pierwsi goście już przybyli, duży stół kuchenny był cały zastawiony potrawami, talerzami, narzędziami, zaczęły przychodzić zamówienia. Pierwsza tura była prawie klęską. Prawie każda z nas chciała rzucić to wszystko w cholerę, przeprosić gości i wracać do domów. Obiady wychodziły przed przystawkami, desery przed obiadami, zupy zimne, a napoje na deser. Zamówienia się mieszały między stolikami. Nikt nie spisywał, co kto zamawia, a już w ogóle nie było mowy o zastanowieniu się, ile który stolik powinien zapłacić. Na domiar złego - zlew i wszelkie jego okolice, włącznie z całą podłogą i wszystkimi tacami, przeznaczonymi do zanoszenia potraw, były pokryte brudnymi naczyniami. Zbliżała się druga tura...

Na całe szczęście osoby, które może planowały nas wesprzeć, ale na pewno nie angażować się w takim stopniu, włożyły całe swoje siły w ratunek tonących na swoim okręcie kucharek. I tak, dzięki wsparciu mężów Marty i Edyty, po pewnym czasie również męża Ani (która to przybyła z osobistych powodów z opóźnieniem), mojego Wojtka, przyjaciółki Marty i w pewnym stopniu też pomocy Marty mamy, jakoś to ogarnęliśmy. Podzieliliśmy się obowiązkami, co należało zrobić od początku. Jedni zmywali i wycierali naczynia, inni zbierali zamówienia z przydzielonych stolików, jeszcze inni przygotowywali i nakładali porcje zamówionych potraw na talerze. Nawet znaleźliśmy chwilę wytchnienia, aby napić się pysznej arbuzady.

Kolejne tury nie były już tak tragiczne w skutkach - dania wychodziły z kuchni w odpowiedniej kolejności, naczynia były zmywane na bieżąco, napoje nalewane jeszcze zanim przyszły zamówienia, aby zanieść je w pierwszej kolejności i umilić gościom oczekiwanie na pozostałe potrawy.

Każdy moment, w którym można było przysiąść na poręczy fotela był błogosławionym. Dopiero po sześciu godzinach poczułam, że muszę pójść do toalety czy coś zjeść - wcześniej zupełnie nie miałam czasu nawet o tym pomyśleć. Oczywiście nie tylko ja - każdy czuł, że boli go jego wszystkie dwanaście nóg i sześć kręgosłupów.


Etap czwarty: podsumowanie


Tu może się zdawać, że przyszło najlepsze. Był to jednak czas na wysprzątanie pięknego domu Marty i jej męża, Wojtka, dzięki którym całe wydarzenie mogło się w ogóle odbyć w tak urokliwym miejscu. Czas na pozbieranie zagubionych naczyń i sztućców. Czas na podliczenie wszystkich za i przeciw (u mnie wyszło więcej "za", ale raczej nie chciałabym tego powtórzyć na aż taką skalę. Jestem pewna, że nie mogłabym pracować w kuchni restauracji, w której co chwilę pojawiają się zamówienia, a dania przygotowane na świeżo mają "wychodzić" w pięć minut idealnie podane). W końcu - czas na pożegnania, podziękowania i powrót do domów.

Droga powrotna (poza tym, że cofając w ciemnym podwórku Marty i Wojtka prawie rozbiliśmy samochód i róg ich domu), była w porządku. Trochę mieliśmy obaw, czy trafimy do głównej trasy przez żużlowo-żwirową drogę ukrytą w lesie oraz leśne objazdy, ale udało się bez problemów. Byliśmy zresztą tak zmęczeni, że było nam wszystko jedno, czy dojedziemy do domu, czy wylądujemy gdzieś w Suwałkach ;)

Kiedy już w końcu do domu dotarliśmy, byłam tak wzruszona, zmęczona i w sumie szczęśliwa, że niewiele byłam w stanie mówić (a już w ogóle nie byłam w stanie się ruszać). Przez wiele dni się przybierałam do opisania tego dnia, ale do tej pory pamiętam prawie wszystkie jego najmniejsze szczegóły. Teraz może jedynie jestem mniej emocjonalna ;)


W tym miejscu chciałabym podziękować przede wszystkim dziewczynom, z którymi ten dzień współorganizowałam:
- Marcie, właścicielce Ptasiego Radia, która udostępniła nam cały dom i podwórko oraz która przygotowała mnóstwo pyszności, jak tarta z botwinką czy bezglutenowe czekoladowe ciasto z owocami oraz arbuzadę, która była moim osobistym hitem kulinarnym całego dnia
- Edycie, która dużo siły włożyła nie tylko w przygotowanie swoich wegańskich potraw, ale także prowadzenie strony naszego wydarzenia na Facebooku i informowanie nas o ciągle napływających zgłoszeniach ze strony gości
- Sylwii, która ulepiła i ugotowała dwieście pierogów Lucyfera i była naszą pierwszą deską ratunku w drodze na Restaurant Day
- Agnieszce, która upiekła mnóstwo bakłażanów, a kiedy zabrakło wystarczającej ilości składników, zrobiła bigos z bakłażanów i uratowała honor naszej jednodniowej restauracji nadprogramowymi daniami na ciepło
- Ani, która przygotowała pyszny krem z soczewicy.

Nie udało by nam się jednak bez wsparcia i cierpliwości:
- Wojtka, męża Marty, który chciał zaznać trochę niedzielnego spokoju, ale dzielnie zbierał zamówienia i roznosił potrawy, zachowując zimną krew w obliczu katastrofy
- Ewy, przyjaciółce Marty, która miała być po prostu zaproszonym gościem, ale po rozpaczliwej telefonicznej prośbie o uratowanie dnia stawiła się wcześniej i została o wiele dłużej, pełna wigoru i uśmiechu, zbierając zamówienia i roznosząc je naszym gościom
- Maćka, męża Edyty, który nie tylko był dzielnym kelnerem, ale przede wszystkim uratował nas, potrawy moje i Ani oraz nasz samochodzik (jeszcze raz ogromne dzięki, Maćku!)
- mojego Wojtka oraz Alberta, męża Ani, którzy ratowali tonące "statki", choć mieli w planach pozwiedzać okolicę i odpocząć na łonie natury, a nie babrać się w płynie do zmywania naczyń ;)
- mamy Marty, która zajmowała się stęsknioną za rodzicami wnuczką i pomogła nam też nieco ogarnąć kuchenny chaos :)


Tymi podziękowaniami chcę zakończyć dzisiejszy wpis. Nie mam zdjęć - możecie jednak obejrzeć co nieco u Edyty oraz u Sylwii. Wszystkim tym, którzy planują organizację Restaurant Day, polecam zastanowić się, czy na pewno chcą to robić na aż taką skalę, jak nam to wyszło ;) A jeśli tak - to niech dobrze przemyślą najpierw organizację oraz załatwią sobie ewentualnych pomocników ;)


Pozdrawiam serdecznie :)


niedziela, 11 sierpnia 2013

Restaurant Day w Czarnej Wsi Kościelnej

Moi Drodzy,

18.08.2013r. w gospodarstwie agroturystycznym Ptasie Radio w Czarnej Wsi Kościelnej, odbędzie się pierwszy Restaurant Day, w jakim biorę udział :) Jestem jedną z osób, które przygotowują potrawy dla Gości. Oprócz mnie, będą to również Kulinarki Edyta i Sylwia oraz blogerki z bloga Banana Pepper i sama właścicielka gospodarstwa.

Przygotujemy dużo przysmaków z sezonowych produktów. Wszystkich chętnych zapraszamy bardzo serdecznie do uroczego zakątka na Podlasiu, z którego w połowie pochodzę :)

Wszystkie szczegóły znajdziecie pod tym adresem: Restaurant Day w Ptasim Radiu.

Potwierdzenie przybycia należy przesłać na adres restaurantday18@gmail.com.

Zapraszamy! :)

sobota, 18 maja 2013

I wtedy przyszedł maj

Za każdym razem, kiedy coś gotuję, myślę o blogu. Zastanawiam się nad tym, co napiszę, jakie wstawię zdjęcia, jak skomponować potrawę. Potem jemy to, co przygotowałam i... odpoczywam, o blogu zapominając ;) Dlatego od ostatniego wpisu minęły już prawie trzy miesiące! Nie oznacza to, że nie gotuję wcale, może tylko trochę mniej. Zbrzydło mi już tłumaczenie się pracą, ale taka jest prawda - kiedy tylko mam wolne, staram się nadrabiać zaległości i przygotowuję coś dobrego.

Dziś nie mam za bardzo przepisów, raczej migawki z tego, co zrobiłam w ostatnich miesiącach. Mam nadzieję, że dziś lub jutro uda mi się wrzucić przepisy na zaplanowane na weekend potrawy.



Typowo wiosenne śniadanie z widokiem z balkonu w tle. Jajecznica smażona na maśle, ze szczypiorkiem, do tego pełnoziarnisty chleb ze śmietankowym serkiem i rzodkiewką. Jajecznica doprawiona odrobiną soli ziołowej i świeżo mielonego pieprzu.



Wielkanocne babeczki. W niedzielę wielkanocną pojechaliśmy do Teściów. Zrobiłam na tę okazję cytrynowe muffinki, z lukrem z soku buraczanego i kolorową posypką. Chyba nie powinno się robić lukru z gorącego płynu, bo wsiąka w ciastka, zamiast je otulać słodkim różem :-) Ale i tak były dobre ;) W środku miały skórkę z cytrusów, kandyzowaną własnoręcznie przeze mnie.




Papardelle na zielono. W zasadzie to miało to być papardelle, a wyszyły mi zwykłe kluski - zbyt grubo rozwałkowałam ciasto. Mam jednak tę satysfakcję, że zrobiłam je sama ;) Zielone elementy to sałata rzymska, wstążki cukinii, natka pietruszki, trochę czosnku, cebulki, oczywiście sól i pieprz, a na wierzch - parmezan. Dobre.



Pierwsze własnoręcznie zrobione sushi! Nie spodziewałam się, że za pierwszym razem uznam, że jest to tak banalnie proste. Maki z łososiem i ogórkiem oraz z paluszkami krabowymi i awokado. Obok - niezbyt udane z wyglądu, ale równie dobre w smaku nigiri z łososia. Do tego, oczywiście, piekielnie ostre wasabi, pyszny sos sojowy i marynowany imbir (którego nienawidzę, z całym szacunkiem dla kultury jedzenia sushi). Pałeczkami radziliśmy sobie całkiem nieźle :)



Pysznie lekkie śniadanie weekendowe. Świeże liście szpinaku, rzodkiewka, pomidorki, kapary, czarne oliwki, ser feta, jajka na twardo z żółtkiem na miękko (najlepsze!), szczypiorek, olej z pestek winogron, gruba sól i świeżo zmielony pieprz. Pycha.




Ps. część Kulinarek świętuje dziś Restaurant Day w Supraślu. Mnie tam nie ma, wypoczywam w domu - po całym tygodniu odbierania setek telefonów od klientów, muszę od ludzi odpocząć. Kto jednak żyw - zapraszam do Supraśla!

Ps.2. Nie będę zapowiadać, co na blogu w następnych dniach, bo u mnie z takich zapowiedzi zawsze nici ;)

sobota, 2 lutego 2013

Kobieteria na warsztat

Warsztaty organizowane przez stowarzyszenie Kobieteria odbyły się w listopadzie :-)

W warsztatach jako takich nie uczestniczyłam, ale Kulinarki zajęły się cateringiem na tę imprezę.

Ja załapałam się na sobotę, w którą przygotowywałyśmy jedzonko z Hanią i Edytą:


Edyta zrobiła marchewkowe żelki, które zdobyły uznanie nie tylko wśród dzieci oraz ciasteczka bananowo-daktylowe, a słupki warzyw oraz jogurtowo-ziołowy dip Hani zrobiły istną furorę!

 Ja przygotowałam:



Pastę z czarnych oliwek, wzorowaną na tapenadzie


Duży słój odsączonych i bezpestkowych oliwek trzeba zmiksować z paczką płatków migdałowych, pieprzem, świeżą bazylią, oliwą z oliwek i dwoma małymi filecikami anchovies. Nie dodawać soli! Ozdobić z góry płatkami migdałów, podawać z krakersami, macą lub pumperniklem.


Mocno czekoladowe brownie:



Jak zawsze z tego samego przepisu: na blaszkę ciasta zużywam sześć jajek, 100 gram mąki, kostkę masła, dwie tabliczki gorzkiej czekolady, pół szklanki cukru (bez cukru też jest dobre, gdy robiłam to ciasto, to akurat cukru mi zabrakło, dodałam łyżkę cukru brązowego jedynie, bo tyle mi zostało, i w zupełności wystarczyło). Przepis zaczerpnęłam z Wysokich Obcasów - tam podane jest 300g cukru, ale to stanowczo za dużo!

Jak to zrobić: czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej z masłem, jajka zmiksować z cukrem, następnie dodać mąkę, gdy czekolada z masłem wystygną, połączyć obie masy, wylać do blaszki lub innej formy, zapiekać ok. 20min. w 180 stopniach i już. Robi się banalnie prosto i błyskawicznie szybko, a na dodatek można robić to ciasto na wiele sposobów: począwszy od dodania do niego owoców różnego rodzaju, przez wszelkie bakalie, orzechy, aromaty po kandyzowane owoce.

W planach mam zrobienie "Whitie" czyli brownie z białej czekolady, w formie do muffinek, z dodatkiem czarnej porzeczki. Muszę tylko pamiętać w końcu, aby kupić białą czekoladę ;)


Oraz trójkolorowe koreczki:


Na wykałaczkę należy nadziać pokrojone w kawałki ser żółty, paprykę oraz świeżego ogórka. można doprawić solą, pieprzem i ziołami bądź serwować z pysznym dipem Hani :-)
 
 


wtorek, 16 października 2012

Światowy Dzień Chleba

Było super!

Zdjęć nie mam, być może się pojawią wkrótce, ale mam wielką ochotę zdać Wam krótką relację z dzisiejszego święta.

Spotkałyśmy się - w piątkę, czyli Edyta, Hania, Magda, Sylwia i ja - w klubokawiarni Oki Doki, w okolicach godziny 17:00, czyli tuż przed godziną zero: 18. O tej godziny zaczęli przybywać nasi goście, a pojawiło się ich tylu, że zrobiło to na mnie naprawdę wrażenie i przekonałam się, że naprawdę warto takich akcji organizować więcej. Już myślimy z dziewczynami nad kolejnymi wydarzeniami :)

Dzisiejsza akcja rozpoczęła się moim krótkim wstępem (olaboga, do mikrofonu!), kilkoma słowami od Hani o naszych sponsorach i gospodarzach, a te dwie wypowiedzi poprzedziły wspaniałą prezentację o chlebie, autorstwa Magdy. Magda od kilku lat piecze sama chleb i zapewniam wszystkich, że jest to najlepszy chleb, jaki jadłam w życiu (choć Magda skromnie tego nie przyznaje ;) )! Dodatkowo, Magda rozdaje wszystkim chętnym prawdziwy zakwas do chleba, który sama zrobiła i na którym to właśnie tworzy swoje wypieki. Wszystkim polecam zajrzenie do Magdowego sklepiku, przy ulicy Piasta w Białymstoku - do prawdziwej Kopalni Smaków. Tam można także nabyć różne rodzaje mąki do pieczenia nie tylko chleba, a także kosze rozrostowe, blaszki, foremki i wszelkie dodatki, od czarnuszki zaczynając, na suszonej żurawinie kończąc.

Po występie Magdy pobiegłyśmy na zaplecze przygotować poczęstunek dla naszych gości. Ukroiłyśmy kilka rodzajów chleba, w miseczkach były przygotowane przez nas i naszych znajomych pasty do niego. W oczekiwaniu na pyszności, rozstrzygnięto konkurs na najpyszniejszy chleb (i szczerze mówiąc chyba coś jeszcze, bo oklaskom i radościom nie było końca, a nagrody rozeszły się błyskawicznie). Potem już z radością patrzyłyśmy, jak wszyscy pałaszują przysmaki ustawione na kilku złączonych stolikach - naprawdę mnóstwo radości przyniósł nam widok okruszków po chlebie na półmiskach i pustych miseczek po pastach. Wśród nich znalazły się, między innymi, konfitura cebulowa z jagodami, wegański smalec z fasoli (zwykły był także!), czeska pasta jajeczna, pasta z czerwonej fasoli, suszonych pomidorów i chili, a także moje smakowitości: twarożek z czosnkiem, rzodkiewką i ziołami, pesto, dżem jabłkowo-morelowy oraz dyniowo-pomarańczowy.


Przepis na dżem dyniowo-pomarańczowy z wanilią znajduje się tu, pod relacją z naszego wyjazdu do Trywieży. Dżem jabłkowo-morelowy robiłam na wakacjach, jeszcze w lipcu. Pamiętam tylko, że na kilogram jabłek zużyłam pół kilo moreli :) Natomiast o pesto i twarożku opowiem poniżej.

Twarożek początkowo miał być tylko czosnkowo-ziołowy, ale jak spojrzałam na rzodkiewki, to stwierdziłam, że ich dodatek będzie się dobrze komponował.

- 750g twarogu
- starty lub wyciśnięty ząbek czosnku
- cztery spore rzodkiewki, posiekane w różne kawałki (znaczy półplasterki, kostkę, paski, jak popadnie - dla różnorodności)
- szczypta soli i pieprzu
- łyżka ziół (użyłam czubrycy z Darów Natury, w skład której wchodzą, m.in., lubczyk, oregano i cząber)
- trochę śmietany, żeby nie było za suche (2-3 łyżki, może być odrobina mleka albo jogurt naturalny)

Wszystko wymieszać, posypać świeżym tymiankiem i zjeść :)



Pesto... co do pesto, mam swoją teorię. W oryginale jest bazylia, orzeszki piniowe, oliwa, czosnek, sól i parmezan. Parmezan i orzeszki piniowe to składniki dość drogie i trudno dostępne. Z dodatku sera można w ogóle zrezygnować, wtedy sos będzie wegański, roślinny, też pyszny i lżejszy. Orzeszki piniowe można zastąpić dowolnymi innymi orzechami, migdałami lub ziarnami. Robiłam już z płatkami migdałowymi, pestkami dyni, teraz zrobiłam z prażonymi pestkami słonecznika. Każda wersja jest inna, każda dobra. Na pewno trochę wykwintniejszego smaku dodadzą orzechy włoskie. Jak najbardziej można użyć mieszanki różnych orzechów i nasion. Jeśli chodzi o to zielone, co tam się znajduje, to polecam w zasadzie wszystko. Można robić z bazylią i to jest najsmaczniejsza wersja, ale z natką pietruszki, rukolą, roszponką, szpinakiem, a ponoć nawet botwinką czy szczawiem, także jest dobre. Na koniec olej - oliwa z oliwek to standard, ale można użyć przecież i zwykłego oleju, oleju z pestek winogron, w zasadzie każdego, zależnie od tego, co mamy pod ręką i na co mamy chęć. Nie polecam tylko rezygnowania z czosnku - niech to będzie nawet pół małego ząbka, ale nie pomijajcie jego dodatku.

Do mojego pesto użyłam:
- garść liści bazylii, z łodyżkami, pół pęczka natki pietruszki, małą garść świeżego tymianku
- opakowanie pestek słonecznika, podprażonych
- trochę soli
- jakieś pół szklanki oliwy i odrobinę oleju z pestek winogron, bo oliwy zabrakło ;)
- cztery ząbki czosnku
- trzy łyżki startego na małych oczkach parmezanu

Wszystko zmiksowałam w blenderze i przełożyłam do słoika :) wyszło nawet sporo, jakieś półtorej szklanki.

Pesto można używać jako pastę do chleba, zamiast masła na kanapki, do jajek na twardo, oczywiście do makaronu, na gorąco, a także jako przyprawę do zup i sosów. Nie wiem, ile dokładnie można je przechowywać, ale na pewno kilka dni w lodówce wytrzyma - czosnek i sól mają właściwości konserwujące. U mnie znika szybko i nie muszę się o to martwić ;)


Przepisy na pasty zrobione przez dziewczyny znajdziecie na ich blogach. Część pojawiła się jakiś czas temu, ale na pewno dodadzą informacje o tym, co przygotowały na dziś. Zachęcam do śledzenia ich blogów :)




Dziękuję bardzo wszystkim za przyjście i uczestniczenie w naszym wydarzeniu! Nawet nie wiecie, ile energii pozytywnej, wiary w to, że nasze działanie ma sens i wzruszenia przyniósł mi dzień dzisiejszy! Jestem gotowa do organizowania dalszych akcji, wiem, że przyniosą dużo dobrego i zapraszam wszystkich, nie tylko z Białegostoku, do brania w nich udziału :)









ps. przepraszam za nadmierną liczbę emotek
ps2. przepraszam, jeśli wypisuję głupoty, ale jeszcze emocje ze mnie nie opadły
ps3. uwielbiam tworzyć takie pozytywne wydarzenia! :)))

niedziela, 14 października 2012

Spaghetti alla puttanesca

Na początku było słowo, a w zasadzie to słowo i obraz. Wiedziałam wcześniej o istnieniu tej potrawy, ale dopiero, jak zobaczyłam ją u Jamie'go Olivera, to poczułam, że muszę to zrobić. Wystarczyło jedyne poczekać na wypłatę ;) i wolny dzień, żeby móc przystąpić do dzieła. Film, z serii 30 minute meals, na którym Jamie przygotowuje Spaghetti alla puttanesca, możecie obejrzeć tu. Ja tymczasem przedstawię swoją wersję tego wybornego dania :)

Zaczęłam, oczywiście, od wstawienia wody na makaron i jej osolenia. Do gotującej się wody wrzuciłam paczkę makaronu.

Na oliwie podsmażyłam trzy posiekane ząbki czosnku i cztery małe fileciki anchovies:






Kiedy się podsmażyły, dodałam trochę suszonych pestek chili, posiekaną natkę pietruszki, czarne oliwki pokrojone na połówki





dwie puszki tuńczyka, dwie łyżki kaparów, butelkę passaty pomidorowej i pieprz.





Kiedy makaron się ugotował prawie al dente, przerzuciłam go do patelni z sosem i dokładnie wymieszałam. Po minucie wyłączyłam gaz, makaron wchłonął nadmiar wody z sosu i zrobił się idealnie twardy (czy też idealnie miękki).





Taka ilość wystarczy spokojnie na 4-5 osób. Nas było troje, więc sporo jeszcze zostało, ale to nic - chętnie zjem odgrzewany makaron na jutrzejszą obiadokolację ;)





Pamiętajcie, żeby nie dodawać soli do sosu - makaron, tuńczyk, oliwki, kapary, a w szczególności - anchovies, są na tyle słone, że więcej doprawiać nie trzeba. Wystarczy pieprz. można ewentualnie podregulować smak dodając więcej lub mniej któregoś ze składników, które tu wymieniłam, np. zastępując suszone pestki chili całą świeżą papryczką.




Przygotowane na talerzach porcje posypałam parmezanem, choć Gino D'Acampo w swojej książce Włoskie dania makaronowe (mój świeżutki nabytek) zdecydowanie tego odradza. Mi tam pasowało :)

Co do samej nazwy -  słyszałam dwie historie wyjaśniające jej pochodzenie. Oznacza ona Spaghetti przyrządzane przez... prostytutki :) Jedna historia mówi, że zapracowane panie posilały się na szybko tą potrawą, aby nabrać dużo sił przed czekającą je kolejną turą pracy. Druga z nich z kolei twierdzi, że kobiety te podawały ten makaron marynarzom, którzy do nich przychodzili po długich rejsach, aby ci z kolei nabrali sił przed długą, upojną nocą ;) Która wersja podoba Wam się bardziej?

Na koniec, choć pewnie powinno to być na początek, zapraszam wszystkich serdecznie na organizowane przez nas Święto Chleba: