niedziela, 20 lipca 2014

Quiche z botwinką i kozim serkiem

W ubiegłym roku na Restaurant Day w Czarnej Wsi Kościelnej Marta, gospodyni Ptasiego Radia, czyli miejsca, w którym impreza się odbywała, robiła pyszne tarty z botwinką. Nie mam jej przepisu, postanowiłam jednak przygotować podobne, wytrawne ciasto po swojemu.

Najpierw musiałam odnaleźć przepis na ciasto, z którego korzystałam przy robieniu tarty cebulowej z niebieskim serem pleśniowym. Przypomniałam sobie, na szczęście, że był to przepis Michela Roux, więc dalej było już z górki ;) Przepisy na jego kruche ciasta można znaleźć tu, ja korzystam z pierwszego, do wypieków wytrawnych.

Szukając inspiracji na moje ciasto przeczytałam, że są dwie różnice między tartą a quichem: tarta może występować w wersji na słono lub słodko, a kisz - wyłącznie na słono, nigdy nie jest deserem; quiche zalewa się masą śmietanowo-jajeczną, a do tarty kładzie się wyłącznie farsz. O ile zdecydowanie bardziej podoba mi się słowo "tarta", o tyle chcę być w porządku wobec kuchennego nazewnictwa i staram się stosować bardziej poprawne określenia ;)

Podobieństwo do Pacmana zamierzone ;)
Ciasto:

-250g mąki
-150g zimnego masła
-szczypta soli
-szczypta cukru
-1 jajko
-łyżka zimnego mleka

Składniki połączyć ze sobą, zagnieść, uformować kulę, włożyć do lodówki na około pół godziny. Można najpierw wylepić nim formę do tarty i chłodzić od razu w tej foremce, ale ta opcja nadaje się do naczyń metalowych czy aluminiowych raczej, niż do szklanych i ceramicznych. Te drugie mogą po prostu popękać przy tak nagłej zmianie temperatur.

Jeśli nie macie metalowej foremki, tylko szklaną, jak ja, to po wyjęciu ciasta z lodówki i wałkowaniu go do średnicy naczynia musicie się trochę pomęczyć ;) Nie jest to jednak wielki wysiłek, bo pod wpływem ciepła rąk, masło zawarte w cieście dość szybko mięknie i całość staje się bardziej elastyczna.

Formę najlepiej wyłożyć papierem do pieczenia - łatwo jest wtedy gotowy wypiek wyjąć z naczynia i przełożyć na duży ozdobny talerz, łatwiej jest też naczynie potem umyć. Można też wysmarować formę masłem lub olejem roślinnym i ewentualnie wysypać bułką tartą czy kaszą manną.


W większości przepisów jest podane, żeby najpierw podpiec samo ciasto, wyłożone z wierzchu folią aluminiową i przysypane suchą fasolą lub specjalnym ceramicznym grochem do wypieków. Ja, wraz z moją niecierpliwością oraz piekarnikiem, wypracowałam metodę pieczenia "od razu" - od razu na ciasto wylewam farsz i ewentualnie wykładam dodatkowe składniki.

W tym przypadku najpierw wylałam następujący farsz:
- jedno jajko
- około 200ml kremówki (śmietana 30 lub 36%, przy lżejszej, bardziej kwaśniej śmietanie jest większe prawdopodobieństwo, że farsz się zwarzy)
- 100-200ml mleka, zależy, ile farszu potrzebujecie
- duża garść botwinki - łodyżek oraz liści młodych buraczków
- sól i pieprz do smaku.

Najpierw należy wymieszać dokładnie jajko, śmietanę i mleko. Można widelcem, można rózgą, można mikserem - jak komu wygodniej. Ważne, aby masa była jednolita, ale nie musi być ubita, jak na bitą śmietanę. Wiadomo, mikserem szybciej, ale widelcem uda się to równie dobrze. Następnie trzeba doprawić to do smaku solą i pieprzem - z solą ostrożnie, bo sery, które dodajemy, są już wystarczająco słone. Dosłownie szczypta soli wystarczy.

Pieprz - według uznania. Ja lubię sporo świeżo utłuczonego w moździerzu pieprzu (ostatnio to jest moja ulubiona przyprawa) - jest bardzo aromatyczny. Jeśli macie dobry młynek, to może być oczywiście z młynka. Odradzam jednak gotowy mielony pieprz - jak dla mnie nie ma on wcale aromatu, co więcej, często pozostawia ziarenka jakby piasku (tani sposób na zwiększenie ilości wyprodukowanego wyrobu?).

Przyprawy są tu oczywiście dowolne, wedle uznania można dodać także zioła, suszone lub świeże, gałkę muszkatołową, trochę ostrej papryki, czosnek czy trochę cebulki.

Pacman je pomidora, na specjalne życzenie mojego Brata

Do masy śmietanowo-jajecznej dodajemy starty ser - jeśli mamy ochotę: ja miałam dwa ostatnie małe kawałki goudy i grana padano, więc je dodałam, ale nie jest to konieczne. Konieczne jest za to dodanie posiekanej niezbyt drobno botwinki z listkami :)

Masę wylewamy na ciasto, na wierzchu kładziemy grudki koziego serka (ja miałam serek młody, nadający się do smarowania, kupiony w popularnym dyskoncie ;), a następnie całość pieczemy około 50 minut w 180 stopniach (jak zawsze przypominam - czas i temperaturę pieczenia trzeba dopasować indywidualnie do swojego piekarnika).

Po upłynięciu odpowiedniego czasu wypiek odstawiamy jeszcze na chwilę, około 10 minut, zanim go pokroimy (inaczej się rozpadnie).


Można podać z lekkim sosem na bazie oliwy, winegretem lub lżejszą wersją pesto, sałatą (rukola, roszponka) czy sałatką z pomidorów, oliwy i bazylii, jeśli chcemy mieć solidny obiad. Jeśli podajemy to jako przekąskę, przystawkę, nietypowe śniadanie lub kolację, to wystarczy sam kawałek quiche'u, na zimno lub na ciepło, podgrzany chwilę w piekarniku lub ostatecznie mikrofalówce.


Smacznego! :)

Ewa

wtorek, 27 maja 2014

Dwie tarty: z kiwi i z bananem

Uwielbiam tarty. Uwielbiam połączenie kruchego, niezbyt słodkiego ciasta, z lekkim śmietanowym kremem i owocami. Gdyby nie to, że nie lubię zagniatać ciasta, piekłabym kruche tarty, tarteletki i babeczki chyba codziennie - na słodko i na słono. Chyba któregoś razu muszę zrobić większą partię ciasta i pomrozić, żeby następnym razem było mi łatwiej ;)




Nie miałam fasoli do obciążenia ciasta, dlatego jedna tarta trochę się napowietrzyła podczas pieczenia, ale trudno się mówi - wszelkie niedoskonałości czynią świat bardziej naturalnym.

Składniki na ciasto:

- 200g mąki tortowej
- 100g masła
- 100g cukru pudru
- 2 żółtka

Składniki zagnieść aż do całkowitego ich połączenia. Żółtka i masło powinny być zimne. Odłożyć do lodówki zawinięte w folię ciasto na pół godziny. Po tym czasie wyłożyć foremki papierem do pieczenia i ciastem. Piec 25 minut w 180 stopniach (lub dostosować czas i temperaturę indywidualnie do swojego piekarnika - z doświadczenia wiem, że każdy grzeje odrobinę inaczej).



W tym czasie przygotować krem:

- 2 białka
- 2 łyżki cukru pudru
- szczypta soli
- 250g serka mascarpone
- 250g śmietany 36%
- 2 łyżki cukru waniliowego

Wpierw ubić pianę z białek, stopniowo dodając cukier puder i szczyptę soli - jak na bezę. Odstawić do lodówki. W oddzielnej misce ubić mikserem śmietanę z serkiem i cukrem waniliowym, przez około 5 minut. Następnie delikatnie, ale dokładnie połączyć pianę z masą śmietanową i odstawić do lodówki na czas studzenia ciasta.


Pokroić wybrane owoce. U mnie są to banany i kiwi, oddzielnie na każdej tarcie. Można zrobić jedną większą tartę i ułożyć te owoce na zmianę obok siebie. Można użyć w zasadzie dowolnych owoców - teraz jest sezon truskawkowy, więc te małe czerwone pyszności nadają się obecnie idealnie.

Gotowe tarty przykryć folią i odstawić na dwie godziny do lodówki.


Tartę z bananami posypałam czekoladową posypką...


... a tartę z kiwi - wiórkami kokosowymi :))

Oczywiście same owoce są wystarczające, ja jednak chciałam ciasto trochę udekorować z wierzchu.

Mam nadzieję, że jak wrócę z pracy, to coś jeszcze dla mnie zostanie...


Korzystałam z tego przepisu.


Smacznego! :)

piątek, 16 maja 2014

Zielona Bazylia

Jakiś czas temu zostałam poproszona o przetestowanie produktów sklepu http://www.zielonabazylia.pl/. Dostałam paczkę z dwoma słoiczkami dżemów oraz lodami na bazie mleka kokosowego.






Lody dostarczane są w stanie płynnym, trzeba nimi wstrząsnąć, a następnie zamrozić :) Do wyboru miałam kilka smaków: mango, ananas i guawa, wszystkie na bazie kokosa.



Moja opinia? Całkiem smaczne, przyjemna konsystencja, najbardziej przypadły mi do gustu podstawowe kokosowe. Produkt zdaje się być jednak skierowany do dzieci, co sugeruje wygląd opakowania oraz sposób podania lodów - należy je wyciskać z tej tubki.






Jako że mi ta forma się nie spodobała, postanowiłam jeść je z miseczki ;) Na zdjęciu powyżej - kokosowe oraz kokosowo-ananasowe.

Skład lodów kokosowych, podstawowych: mleko kokosowe 80%, cukier trzcinowy, maltodekstryna, fruktoza, substancje zagęszczające: guma konjac, guma karobowa, guma ksantanowa; aromat naturalny (kokosowy), sól.

Nie będę się rozpisywać na temat poszczególnych składników, zainteresowanych zapraszam do przekopania czeluści internetu ;) Dodam tylko, że zabawa może być naprawdę przednia, bowiem, jak podaje Wikipedia, pochodzenie składników jedzenia może być zaskakujące: " W stanie wolnym występuje naturalnie w owocach, miodzie, nektarze kwiatów i spermie ssaków." Kto wie, skąd producent pozyskał fruktozę w naszym produkcie? ;)

Na zakończenie powiem jeszcze, że lody produkowane są w Indonezji. Trochę to daleko od Polski, więc według mnie produkt jest nie do końca ekologiczny - no ale wiadomo, u nas kokosy nie rosną.

Drugim produktem, jaki dostałam, był dżem.





Bardzo się napaliłam na ten fioletowy, jagodo-porzeczkowy, ale niestety nie dane było mi go spróbować - wypukłość na wieczku sugerowała, że słoiczek otworzył się wcześniej, zanim wpadł w moje ręce, a na pokrywce jest wyraźne napisane, żeby produktu nie jeść, jeśli taka sytuacja zaistnieje. Drugi dżem był w zamkniętym słoiczku, więc jego mogłam spróbować.






Malinowo-żurawinowy, w smaku bardzo dobry, nie za słodki, lekko kwaskowy. Konsystencja gęstej marmolady, dobrze się rozsmarowuje. Skład: mieszanka skoncentrowanych soków owocowych, maliny (34%), żurawina (10%), zagęstnik: pektyna owocowa; sok z cytryny. Wyprodukowano w Anglii, więc zdecydowanie bliżej i bardziej eko ;)


Podsumowując: oba produkty są bardzo dobre w smaku, jednak co do ekologiczności lodów mam nieco zastrzeżeń. Dżem jest jak najbardziej na plus. Dziękuję za możliwość wzięcia udziału w teście :)

Pozdrawiam :))

niedziela, 30 marca 2014

Biszkopt z dżemem brzoskwiniowo-cytrynowym i kremem kokosowym

Z okazji nadejścia wiosny (choć nie wykluczam, że zima wyda jeszcze jedno tchnienie w tym sezonie), postanowiłam w końcu opublikować jakiś nowy przepis :) Naszła mnie ochota na coś słodkiego (co zdarza się naprawdę rzadko, a jeszcze rzadziej robię coś sama) i po krótkim zastanowieniu - postanowiłam upiec biszkopt i zrobić mini-torcik.







Znalazłam idealne, banalne do zapamiętania proporcje na mały biszkopt - mam tortownicę 16cm. Co ciekawe, mam wrażenie, że jak była u mnie latem Ania, robiłam z takich samych proporcji, a jednak wtedy biszkopt wyszedł mi mniejszy (dał się przekroić na dwie części) - może miałam wtedy mniejsze jajka?

Podaję zatem przepis na biszkopt:

- trzy jajka
- pół szklanki cukru
- pół szklanki mąki

Ubić pianę z białek, dodając stopniowo cukier. Kiedy piana będzie prawie maksymalnie sztywna, dodać po łyżce żółtka z jaj, a następnie tak samo - mąkę. Zapomniałam o szczypcie soli - można dodać, choć, jak widać, nie jest niezbędna ;)





Ciasto piekło się około 40min. w 180 stopniach. Tortownicę wyłożyłam papierem do pieczenia (nie miałam niczego, czym mogłabym wysypać natłuszczoną formę) i trochę poprzyklejała się do niego "skórka" upieczonego biszkoptu, ale nie było to jakoś bardzo tragiczne ;)

Biszkopt przekroiłam na trzy części, każdą z nich - w tym środkową z obu stron - nasączyłam mocną czarną herbatą.





Następnie oba placki przełożyłam własnoręcznie zrobionym latem dżemem brzoskwiniowo-cytrynowym i przykryłam całość trzecim plackiem.





W dżemie są kawałki brzoskwiń i odrobina gałki muszkatołowej :) A kto nie lubi tej przyprawy, niech zapomni, że ona tam jest, bo dżem można przecież zrobić bez niej ;)





W czasie, kiedy biszkopt się studził, zrobiłam krem kokosowy. Szukałam jakiegoś przepisu, ale nie mogłam znaleźć niczego, co by mi odpowiadało. Postanowiłam więc zainspirować się w pewnym stopniu... sosem beszamelowym ;) Być może powinnam powiedzieć, że budyniem, bo w rzeczywistości krem ma bardzo budyniowy smak, ale jako że budyniu sama nigdy nie robiłam, a beszamel owszem, to padło na ten rodzaj sosu ;)





Do garnka włożyłam 100g masła, 4 łyżki cukru waniliowego, 2-3 łyżki mąki i 100g wiórków kokosowych. Kiedy całość się połączyła (a pachniało fantastycznie i miałam ochotę już to zjeść ;) ), dolałam pół litra mleka i gotowałam na niewielkim ogniu, cały czas mieszając, aż krem zgęstniał do konsystencji budyniu.





Odstawiłam go do ostygnięcia i zajęłam się opisanym wyżej przekładaniem biszkoptu. Gotowe ciasto posmarowałam dokładnie kremem, z góry i po bokach, a następnie udekorowałam bananem.





Widoczne w kremie grudki to oczywiście wiórki kokosowe :) Kremu zostało mi dość sporo - można z niego przygotować oddzielne desery z nasączonymi kawą lub likierem biszkopcikami (na wzór tiramisu) lub z samymi owocami - bananem, mango, ananasem. Aha, banany z pół godziny leżały w soku cytrynowym, więc uprzedzam - całość nie jest mdła :) No i wybrałam dość kwaskowy dżem, więc bez obaw - jeśli ktoś nie lubi mdłych kremów (no bo kto lubi?), może śmiało zrobić taki torcik.





Ciasto trzeba trochę schłodzić w lodówce, żeby po pierwsze - nabrało odpowiedniej wilgotności, a po drugie - krem trochę zastygł.

Smacznego! :)



Na koniec dodam, że cukier waniliowy robię sama w bardzo banalny sposób - do pojemnika z cukrem wkładam laskę wanilii i tyle :) Już po jednym dniu czuć waniliowy aromat, a po kilku dniach, jak otworzy się pojemnik, to w nos uderza obłędny zapach. Takiego cukru można z powodzeniem używać też do kawy.

Jeśli chodzi zaś o dżem - przepisu dokładnego nie podam, bo, jak w większości przypadków, improwizowałam. Zużyłam, jeśli dobrze pamiętam, dwa kilogramy brzoskwiń, sok z jednej cytryny i skórkę również z jednej, cukier do smaku i trochę startej gałki muszkatołowej. Gotowałam do momentu, aż wszystko się połączyło, ale zostały jeszcze małe kawałki brzoskwiń. Napełniłam słoiczki, dokładnie zakręciłam, ustawiłam denkami do góry na ściereczce i przykryłam kilkoma czystymi ścierkami dokładnie, na całą noc, aż dżem zupełnie wystygł.

Robiłam to w lipcu lub sierpniu - słoiczek, który otworzyłam dziś do wykorzystania przy biszkopcie nie miała ani grama pleśni. Dodam jeszcze tylko, że nie pasteryzuję, bo boję się wybuchających słoików ;))

niedziela, 6 października 2013

Food design w Galerii Arsenał



Szóstego października w Galerii Arsenał odbyły się warsztaty z food designu, prowadzone przez Gosię Rygalik ze Studia Rygalik. O tej ciekawej parze można poczytać na ich stronie pod adresem Studio Rygalik. Znajdziecie tam ich projekty z całego świata, informacje o pomysłach i twórczości czy filmiki przedstawiające ich dzieła.

Warsztaty trwały mniej więcej trzy godziny, od około 11.00 w niedzielny poranek. Dzień wcześniej odbyła się edycja skierowana do dzieci. Założę się, że były one bardziej kreatywne, niż dorośli ;)


Czym jest food design? Wnioskując po dzisiejszych warsztatach – nikt tego tak naprawdę nie wie ;)
Dla jednych będzie to tworzenie nietypowej zastawy stołowej czy mebli do kuchni, baru i restauracji, dla innych może to być nouvelle cuisine i kuchnia molekularna, wycinanie ludzików z sera (pozdrawiam Aśkę ze szkolnej ławki z liceum ;) ) lub tworzenie bardziej rozbudowanych rzeźb z produktów spożywczych.


Można pójść w stronę projektowania nowych kształtów makaronu, kolorowania warstw biszkoptu na tort we wszystkie kolory tęczy albo jeszcze inaczej – inscenizowanie spotkań kulinarnych (od wystroju, ba, sposobu siedzenia, do odpowiedniej kolejności serwowania potraw w równie odpowiednio połączonych smakach).


Zapewne również uprawę arbuzów w prostokątnych pojemnikach czy tworzenie biżuterii z suchego makaronu można uznać za food design.

Na warsztatach nie przedstawiono nam jedynie słusznej definicji food designu, być może takiej po prostu nie ma. Najłatwiej więc stwierdzić, że jest nim wszystko, co oscyluje wokół jedzenia oraz sposobów jego podawania i spożywania (łącznie z aranżacją otoczenia, w jakim jest serwowane). Jeśli ktoś dysponuje konkretnymi definicjami, może nawet ciekawymi i kompetentnymi badaniami w tym temacie – bardzo proszę się dzielić tymi informacjami:) Mój adres e-mail jest do odnalezienia na blogu ;)


Czy warto się zagłębiać w coś, co nazwano „food design”? Na pewno jest to ciekawa wizualnie forma, z jednej strony jako przejaw sztuki, środek wyrazu artystycznego, z drugiej zaś – jako podanie jedzenia w ciekawy sposób na przyjęciu dla znajomych. Z całą pewnością przyciąga uwagę. Może być także tematem do szerokiej dyskusji, zarówno na forum towarzyskim, artystycznym (w końcu to design- projekt, projektowanie), jak i naukowym – dla socjologów, kulturoznawców, teoretyków i krytyków sztuki, nawet pewnie psychologów. Może tematem zainteresowaliby się również architekci, fizycy czy chemicy?


Na czym polegały proponowane przez Galerię Arsenał i Studio Rygalik warsztaty? Po krótkim wprowadzeniu w tematykę food designu przez Gosię, popartym prezentacją zdjęć, mieliśmy przystąpić do stworzenia „czegoś” z jedzenia. Bazą były całe bloki serów korycińskich z różnymi dodatkami (zioła, czarnuszka), a do nich mogliśmy wybierać, co tylko dusza zapragnie - różnego rodzaju świeże zioła i sałaty, owoce i warzywa, bakalie, a także marynaty (oliwki, ogórki, kapary, groszek).



Praca odbywała się w grupach lub indywidualnie, zależy, kto jaki zew natury poczuł ;) Przy naszym stoliku wszyscy pracowali indywidualnie (tak się złożyło, że było wśród nas czworo blogerów, między innymi Pan Misio).

Galeria Arsenał obiecała nam przesłać zdjęcia zrobione przez ich fotografa, jeśli  tylko je dostanę, to obiecuję wtedy pokrótce opisać, co przedstawiają. Zapewniam wszystkich, że każda z prac zawierała w sobie coś ciekawego. Nie we wszystkich na pewno pojawiła się koncepcja, o którą chodziło prowadzącej warsztaty. Wielu osobom Gosia podpowiadała, jak daną pracę ulepszyć (oczywiście mi też ;)) pod kątem zamysłu, jakiemu miało towarzyszyć nasze tworzenie.


Co mogę dodać na podsumowanie?

Warsztaty były ciekawe. Z początku byłam jak zwykle skrępowana obecnością zupełnie obcych mi osób i niewiele się odzywałam ;) (nie, nie oznacza to potrzeby wprowadzania zabaw zapoznawczych, one krępują jeszcze bardziej). Nie miałam też zupełnie pomysłu na to, co zrobić z pysznych serów korycińskich i towarzyszącemu im tłu w postaci warzyw i owoców. Dopiero teraz, jak jestem już u siebie, mam mnóstwo pomysłów - bardziej zahaczających o sztukę, niż kulinaria – szkoda mi jednak jedzenie marnować w aż takim stopniu ;)


I mimo, że obraz stworzony ze złego w smaku keczupu, w którym znajduje się dużo dodatków chemicznych nie jest aż takim marnotrawstwem, to jednak „materiał”, który nam udostępniono, najlepiej jest jeść… w czystej formie ;)

Z drugiej jednak strony – użycie drewnianych wykałaczek jako łącznika do przestrzennej rzeźby z przekąsek czy zastępowanie kawałków bloku sera lub bochenka chleba odpowiadającymi im innymi produktami, jest idealnym sposobem na połączenie zarówno „sztuki nowoczesnej”, jak i ekologii.

Może być też tak, że są to dwie odrębne dziedziny – ekologia i food design – a wtedy pod to drugie można wpleść każdy zamysł artystyczny, jaki tylko przyjdzie nam do głowy – o ile nadal będzie związany, w jakiejkolwiek formie, z żywnością.


wtorek, 10 września 2013

Wspomnienia z Restaurant Day w Ptasim Radiu

Jak pisałam w swoim poprzednim poście, 18.08.2013r. brałam udział jako współorganizatorka Restaurant Day w Czarnej Wsi Kościelnej, w gospodarstwie agroturystycznym Ptasie Radio. Prawie miesiąc później postanowiłam w końcu opisać swoje wspomnienia - o wrażeniach raczej już zbyt późno mówić ;)


Etap pierwszy: planowanie i przygotowania.


Po dłuższym namyśle postawiłam na kuchnię fusion. Miało być tanio i warzywnie, a więc połączenie kuchni polskiej z włoską wydało mi się być zupełnie na miejscu. Zdecydowałam się na sałatkę z fasoli i pomidorów, lazanię ze szpinakiem oraz ... nie do końca włoskie brownie z pomarańczą :)

Pomysł na sałatkę powstał w wyniku inspiracji przeczytanej niedawno książki "Tysiąc dni w Toskanii" autorstwa Marleny de Blasi. Książkę zdecydowanie polecam wszystkim miłośnikom nie tylko kuchni włoskiej, ale też kultury i obyczajów (być może zbiorę się na recenzję). W książce przedstawiane były opisy i przepisy na fasolę na ciepło, w towarzystwie rozmarynu, oliwy i czosnku, ja postawiłam jednak na sałatkę na zimno.

Ugotowałam fasolę (czemu zawsze wychodzi mi to dwa razy dłużej niż w przepisach??), dodałam do niej pokrojone pomidory, kawałki rukoli, sól, pieprz, mały starty ząbek czosnku i olej lniany. Sałatka była całkiem smaczna i sycąca, ale ze względu na podróż w samochodzie i spędzenie czasu w cieple, trochę "zwiędła". Jeśli następnym razem bym ją przygotowywała, to podałabym ją w zupełnie inny sposób - na liściach rukoli układałabym doprawioną fasolę, a całość przybrała kawałkami pomidorów. Dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę swój błąd ;)

Na danie główne przygotowałam lazanię ze szpinakiem i cukinią. Przepis klasyczny - makaron, beszamel, ser, ale zamiast sosu bolońskiego użyłam plastrów cukinii (surowych, układanych na przemian z innymi warstwami) oraz szpinaku, podduszonego na maśle z oliwą, czosnkiem, solą i pieprzem. Wyszły mi trzy blaszki ;) Wierzch lazanii pokryłam oliwą wymieszaną w moździerzu ze świeżymi ziołami, solą, pieprzem i czosnkiem, z góry więc przepraszam, jeśli komuś trafiły się stwardniałe gałązki tymianku ;)

Wszystkie porcje rozeszły się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki... oprócz jednej, która jakimś trafem wyszła zbyt zimna.

Na deser zrobiłam brownie z pomarańczą. W zasadzie to nie tyle zrobiłam, co próbowałam zrobić - tym razem wyszedł mi jakiś cienki placek, a nie porządne brownie. Nie wiem tylko, czy użyłam za mało składników, czy miałam za dużą blaszkę czy może czekolada była nie taka jak trzeba? A może po prostu za krótko składniki ubijałam i nie otrzymały wystarczającej puszystości? Tak czy siak - było dobre, a wiem to stąd, że jedną blaszkę przywiozłam do domu i całość zjadł Wojtek na kilka kolejnych śniadań ;)

Do ciasta "brownie'owego" dodałam kandyzowaną skórkę pomarańczy i grejfrutów (własnoręcznie parę miesięcy temu zrobioną), a kawałki ciasta podawałam z sosem pomarańczowym robionym z syropu cukrowego oraz plastrów pomarańczy w nim gotowanych z laską cynamonu (miały być karmelizowane plastry pomarańczy, ale cóż, troszkę się rozgotowały - nie wyszło im to jednak na złe) oraz kawałkiem świeżej pomarańczy. Jak smakowało takie zestawienie - nie wiem, ale sos robił furorę nawet po całym dniu, kiedy to organizatorzy i ich Pomocnicy wyjadali go łyżeczkami z pojemnika ;)

Agnieszko: bardzo bym chciała Ci podać przepis, o który prosiłaś, ale niestety nie mam przepisu swojego - prawie wszystko robię na oko. W przygotowaniu tego sosu chodzi o to, aby wpierw zagotować syrop z cukru, taki jak na kandyzowaną skórkę pomarańczy, wrzucić do niego laskę cynamonu, a następnie plastry pomarańczy. Ilość plastrów zależy od ilości syropu. Korzystałam mniej więcej z tego przepisu (klik), ale chyba gotowałam pomarańcze zbyt długo i dlatego wyszedł sos, a nie kandyzowane plastry ;)


Etap drugi: podróż


Udało mi się mojego Wojtka namówić, aby mnie zawiózł na Restaurant Day. Impreza odbywała się około 20km od naszego miejsca zamieszkania. Wojtek jest jeszcze kierowcą dość początkującym - o ile po Białymstoku jeździ całkiem nieźle, to jednak, aby dojechać do Ptasiego Radia, musiał dokładnie przestudiować... powiedzmy, że pewną stronę z trasami pokazanymi w realistycznych zdjęciach ;) Ja przejrzałam jedynie mapy satelitarne z lotu ptaka, więc wymądrzać się w drodze nie mogłam, choć i tak Wojtek mnie pytał, gdzie trzeba skręcić.

Jakoś tak się stało, w miejscu, po którym się zupełnie tego nie spodziewaliśmy, że wjechaliśmy w ślepą uliczkę (oboje nie widzieliśmy znaków to sygnalizujących; jak się potem okazało, jest to stara droga na Czarną Białostocką, która prowadzi wzdłuż nowej przez jakieś pół kilometra, ale która kończy się... w lesie ;) ), a przy cofaniu Wojtek się zagapił (może to ja go zagadałam?) i zawisł kołem nad rowem. Próbowaliśmy jakoś samochód wypchnąć, trochę go podważyć kamieniami czy kłodami, które znaleźliśmy, ale niestety - nic z tego. Do docelowego miejsca było na szczęście dość blisko i przyjechał po nas Maciek, mąż Edyty z Eko Quchni, który nas uratował - samochód zostawiliśmy na parę godzin, pojechaliśmy z przygotowanymi potrawami (nie tylko moimi, ale też innej współorganizatorki, Ani) i dotarliśmy w końcu na pole bitwy.


Etap trzeci: kamera... akcja!


Kiedy wnieśliśmy nasze klamoty do kuchni Marty, zastaliśmy duży harmider i chaos. Pierwsi goście już przybyli, duży stół kuchenny był cały zastawiony potrawami, talerzami, narzędziami, zaczęły przychodzić zamówienia. Pierwsza tura była prawie klęską. Prawie każda z nas chciała rzucić to wszystko w cholerę, przeprosić gości i wracać do domów. Obiady wychodziły przed przystawkami, desery przed obiadami, zupy zimne, a napoje na deser. Zamówienia się mieszały między stolikami. Nikt nie spisywał, co kto zamawia, a już w ogóle nie było mowy o zastanowieniu się, ile który stolik powinien zapłacić. Na domiar złego - zlew i wszelkie jego okolice, włącznie z całą podłogą i wszystkimi tacami, przeznaczonymi do zanoszenia potraw, były pokryte brudnymi naczyniami. Zbliżała się druga tura...

Na całe szczęście osoby, które może planowały nas wesprzeć, ale na pewno nie angażować się w takim stopniu, włożyły całe swoje siły w ratunek tonących na swoim okręcie kucharek. I tak, dzięki wsparciu mężów Marty i Edyty, po pewnym czasie również męża Ani (która to przybyła z osobistych powodów z opóźnieniem), mojego Wojtka, przyjaciółki Marty i w pewnym stopniu też pomocy Marty mamy, jakoś to ogarnęliśmy. Podzieliliśmy się obowiązkami, co należało zrobić od początku. Jedni zmywali i wycierali naczynia, inni zbierali zamówienia z przydzielonych stolików, jeszcze inni przygotowywali i nakładali porcje zamówionych potraw na talerze. Nawet znaleźliśmy chwilę wytchnienia, aby napić się pysznej arbuzady.

Kolejne tury nie były już tak tragiczne w skutkach - dania wychodziły z kuchni w odpowiedniej kolejności, naczynia były zmywane na bieżąco, napoje nalewane jeszcze zanim przyszły zamówienia, aby zanieść je w pierwszej kolejności i umilić gościom oczekiwanie na pozostałe potrawy.

Każdy moment, w którym można było przysiąść na poręczy fotela był błogosławionym. Dopiero po sześciu godzinach poczułam, że muszę pójść do toalety czy coś zjeść - wcześniej zupełnie nie miałam czasu nawet o tym pomyśleć. Oczywiście nie tylko ja - każdy czuł, że boli go jego wszystkie dwanaście nóg i sześć kręgosłupów.


Etap czwarty: podsumowanie


Tu może się zdawać, że przyszło najlepsze. Był to jednak czas na wysprzątanie pięknego domu Marty i jej męża, Wojtka, dzięki którym całe wydarzenie mogło się w ogóle odbyć w tak urokliwym miejscu. Czas na pozbieranie zagubionych naczyń i sztućców. Czas na podliczenie wszystkich za i przeciw (u mnie wyszło więcej "za", ale raczej nie chciałabym tego powtórzyć na aż taką skalę. Jestem pewna, że nie mogłabym pracować w kuchni restauracji, w której co chwilę pojawiają się zamówienia, a dania przygotowane na świeżo mają "wychodzić" w pięć minut idealnie podane). W końcu - czas na pożegnania, podziękowania i powrót do domów.

Droga powrotna (poza tym, że cofając w ciemnym podwórku Marty i Wojtka prawie rozbiliśmy samochód i róg ich domu), była w porządku. Trochę mieliśmy obaw, czy trafimy do głównej trasy przez żużlowo-żwirową drogę ukrytą w lesie oraz leśne objazdy, ale udało się bez problemów. Byliśmy zresztą tak zmęczeni, że było nam wszystko jedno, czy dojedziemy do domu, czy wylądujemy gdzieś w Suwałkach ;)

Kiedy już w końcu do domu dotarliśmy, byłam tak wzruszona, zmęczona i w sumie szczęśliwa, że niewiele byłam w stanie mówić (a już w ogóle nie byłam w stanie się ruszać). Przez wiele dni się przybierałam do opisania tego dnia, ale do tej pory pamiętam prawie wszystkie jego najmniejsze szczegóły. Teraz może jedynie jestem mniej emocjonalna ;)


W tym miejscu chciałabym podziękować przede wszystkim dziewczynom, z którymi ten dzień współorganizowałam:
- Marcie, właścicielce Ptasiego Radia, która udostępniła nam cały dom i podwórko oraz która przygotowała mnóstwo pyszności, jak tarta z botwinką czy bezglutenowe czekoladowe ciasto z owocami oraz arbuzadę, która była moim osobistym hitem kulinarnym całego dnia
- Edycie, która dużo siły włożyła nie tylko w przygotowanie swoich wegańskich potraw, ale także prowadzenie strony naszego wydarzenia na Facebooku i informowanie nas o ciągle napływających zgłoszeniach ze strony gości
- Sylwii, która ulepiła i ugotowała dwieście pierogów Lucyfera i była naszą pierwszą deską ratunku w drodze na Restaurant Day
- Agnieszce, która upiekła mnóstwo bakłażanów, a kiedy zabrakło wystarczającej ilości składników, zrobiła bigos z bakłażanów i uratowała honor naszej jednodniowej restauracji nadprogramowymi daniami na ciepło
- Ani, która przygotowała pyszny krem z soczewicy.

Nie udało by nam się jednak bez wsparcia i cierpliwości:
- Wojtka, męża Marty, który chciał zaznać trochę niedzielnego spokoju, ale dzielnie zbierał zamówienia i roznosił potrawy, zachowując zimną krew w obliczu katastrofy
- Ewy, przyjaciółce Marty, która miała być po prostu zaproszonym gościem, ale po rozpaczliwej telefonicznej prośbie o uratowanie dnia stawiła się wcześniej i została o wiele dłużej, pełna wigoru i uśmiechu, zbierając zamówienia i roznosząc je naszym gościom
- Maćka, męża Edyty, który nie tylko był dzielnym kelnerem, ale przede wszystkim uratował nas, potrawy moje i Ani oraz nasz samochodzik (jeszcze raz ogromne dzięki, Maćku!)
- mojego Wojtka oraz Alberta, męża Ani, którzy ratowali tonące "statki", choć mieli w planach pozwiedzać okolicę i odpocząć na łonie natury, a nie babrać się w płynie do zmywania naczyń ;)
- mamy Marty, która zajmowała się stęsknioną za rodzicami wnuczką i pomogła nam też nieco ogarnąć kuchenny chaos :)


Tymi podziękowaniami chcę zakończyć dzisiejszy wpis. Nie mam zdjęć - możecie jednak obejrzeć co nieco u Edyty oraz u Sylwii. Wszystkim tym, którzy planują organizację Restaurant Day, polecam zastanowić się, czy na pewno chcą to robić na aż taką skalę, jak nam to wyszło ;) A jeśli tak - to niech dobrze przemyślą najpierw organizację oraz załatwią sobie ewentualnych pomocników ;)


Pozdrawiam serdecznie :)


niedziela, 11 sierpnia 2013

Restaurant Day w Czarnej Wsi Kościelnej

Moi Drodzy,

18.08.2013r. w gospodarstwie agroturystycznym Ptasie Radio w Czarnej Wsi Kościelnej, odbędzie się pierwszy Restaurant Day, w jakim biorę udział :) Jestem jedną z osób, które przygotowują potrawy dla Gości. Oprócz mnie, będą to również Kulinarki Edyta i Sylwia oraz blogerki z bloga Banana Pepper i sama właścicielka gospodarstwa.

Przygotujemy dużo przysmaków z sezonowych produktów. Wszystkich chętnych zapraszamy bardzo serdecznie do uroczego zakątka na Podlasiu, z którego w połowie pochodzę :)

Wszystkie szczegóły znajdziecie pod tym adresem: Restaurant Day w Ptasim Radiu.

Potwierdzenie przybycia należy przesłać na adres restaurantday18@gmail.com.

Zapraszamy! :)