Na początku było słowo, a w zasadzie to słowo i obraz. Wiedziałam wcześniej o istnieniu tej potrawy, ale dopiero, jak zobaczyłam ją u Jamie'go Olivera, to poczułam, że muszę to zrobić. Wystarczyło jedyne poczekać na wypłatę ;) i wolny dzień, żeby móc przystąpić do dzieła. Film, z serii 30 minute meals, na którym Jamie przygotowuje Spaghetti alla puttanesca, możecie obejrzeć tu. Ja tymczasem przedstawię swoją wersję tego wybornego dania :)
Zaczęłam, oczywiście, od wstawienia wody na makaron i jej osolenia. Do gotującej się wody wrzuciłam paczkę makaronu.
Na oliwie podsmażyłam trzy posiekane ząbki czosnku i cztery małe fileciki anchovies:
Kiedy się podsmażyły, dodałam trochę suszonych pestek chili, posiekaną natkę pietruszki, czarne oliwki pokrojone na połówki
dwie puszki tuńczyka, dwie łyżki kaparów, butelkę passaty pomidorowej i pieprz.
Kiedy makaron się ugotował prawie al dente, przerzuciłam go do patelni z sosem i dokładnie wymieszałam. Po minucie wyłączyłam gaz, makaron wchłonął nadmiar wody z sosu i zrobił się idealnie twardy (czy też idealnie miękki).
Taka ilość wystarczy spokojnie na 4-5 osób. Nas było troje, więc sporo jeszcze zostało, ale to nic - chętnie zjem odgrzewany makaron na jutrzejszą obiadokolację ;)
Pamiętajcie, żeby nie dodawać soli do sosu - makaron, tuńczyk, oliwki, kapary, a w szczególności - anchovies, są na tyle słone, że więcej doprawiać nie trzeba. Wystarczy pieprz. można ewentualnie podregulować smak dodając więcej lub mniej któregoś ze składników, które tu wymieniłam, np. zastępując suszone pestki chili całą świeżą papryczką.
Przygotowane na talerzach porcje posypałam parmezanem, choć Gino D'Acampo w swojej książce Włoskie dania makaronowe (mój świeżutki nabytek) zdecydowanie tego odradza. Mi tam pasowało :)
Co do samej nazwy - słyszałam dwie historie wyjaśniające jej
pochodzenie. Oznacza ona Spaghetti przyrządzane przez... prostytutki :)
Jedna historia mówi, że zapracowane panie posilały się na szybko tą
potrawą, aby nabrać dużo sił przed czekającą je kolejną turą pracy.
Druga z nich z kolei twierdzi, że kobiety te podawały ten makaron
marynarzom, którzy do nich przychodzili po długich rejsach, aby ci z
kolei nabrali sił przed długą, upojną nocą ;) Która wersja podoba Wam
się bardziej?
Na koniec, choć pewnie powinno to być na początek, zapraszam wszystkich serdecznie na organizowane przez nas Święto Chleba:
Zbiór przepisów i przemyśleń, internetowa książka kucharska i pamiętnik kulinarny jednocześnie.
niedziela, 14 października 2012
wtorek, 2 października 2012
Bardzo na bieżąco
poniedziałek, 1 października 2012
Za kulisami
W końcu przybrałam się do wstawienia relacji z nagrywania materiału
do Konika. Trywieża, dwadzieścia cztery godziny, pięć Kulinarek + jednak
blogerka i jej koleżanka z Włoch, jeden pies, jedna ekipa TVP
Białystok. Na szczęście nie wszystko na raz, więc opowiem po kolei ;)
Zaczęło się od przyjazdu na wieś, poprzedzonego drobnym nieporozumieniem (czekałam na dziewczyny z innej strony, niż po mnie przyjechały ;) ). Następnie rozdzieliłyśmy się miejscami do spania, schowałyśmy wino do lodówki i poszłyśmy po drewno, żeby ciepło ognia z pieca nas rozgrzało szybciej, niż wino. Zapoznałyśmy się z podwórkiem Magdy, z domem Magdy, no i ze sobą nawzajem. Co się działo w piątek, do późnych godzin nocnych, pozostanie naszą tajemnicą :) Powiem tylko, że jedną z rzeczy, jakie się zadziały, były pyszne placki ziemniaczano-dyniowe, które robiłyśmy wspólnie (obieranie ziemniaków, obieranie dyni, tarcie składników, doprawianie, smażenie... :) ).
Następnego dnia, czyli w sobotę, zerwałyśmy się wcześnie rano, żeby przygotować się na spotkanie z ekipą Konika:
Malowałyśmy się, szykowałyśmy stół, gotowałyśmy, piłyśmy herbatę, zajadałyśmy się chlebem upieczonym w prodiżu przez Magdę, no i trochę oczekiwałyśmy w stresie na przyjazd Ekipy. A wszystko przy piecu :)
Oczekiwanie było stresujące i przyjemne jednocześnie - zastanawiałyśmy się, jak to będzie wyglądać, zbierałyśmy dobra z ogrodu Magdy, wymieniałyśmy pomysłami, no i starałyśmy się jakoś rozbudzić, wdychając świeże powietrze.
Dowodem na to, że Ekipa naprawdę przyjechała, nakręciła z nami program, dobrze się bawiła i ze smakiem zajadała naszymi potrawami, niech będzie jutrzejsza emisja odcinka o godzinie 19:15 w TVP Białystok :) Do obejrzenia także online :) Oraz poniższe zdjęcia naszych dań:
A na koniec, obiecane przeze mnie przepisy na brownie z gruszkami i dżem dyniowo-pomarańczowy z wanilią.
Przepis na brownie, z jakiego niezmiennie korzystam, to przepis Agnieszki Kręglickiej, znaleziony na stronie Wysokich Obcasów:
2 tabliczki (200 g) gorzkiej czekolady
1 kostka (200 g) masła
100 g mąki
300 g cukru
6 jaj
na ogół dodaję mniej cukru, na taką ilość - 200g. Dobrze smakuje ze wszystkimi dodatkami - skórka z pomarańczy, wiśnie z nalewki, czarne porzeczki ze straganu, gruszki z ogrodu Babci. Wybrane dodatki można wymieszać z ciastem, bądź ułożyć w artystycznym nieładzie na wierzchu.
Czekoladę i masło roztapiam w żaroodpornym naczyniu, ustawionym na garnku z niewielką ilością gotującej się wody.
Jajka dokładnie roztrzepuję, dodaję cukier i powoli mąkę (ręcznie albo mikserem).
Kiedy masa czekoladowo-maślana przestygnie, łączę ją z resztą ciasta, powoli mieszając. Wylewam do formy wyłożonej papierem do pieczenia (ta ilość składników i to, co widać na zdjęciu, wystarczą na zwykłą blaszkę, 25-30/35-40cm.
Piekę około 30 minut w 180 stopniach.
Oryginalny przepis znajduje się tu (klik).
Ja użyłam:
- ok. 2 kg dyni
- skórkę z jednej pomarańczy
- miąższ z jednej pomarańczy
- sok z jednej pomarańczy
- jedną laskę wanilii
- 300-400g cukru zwykłego (nie pamiętam dokładnie, ale dżem nie jest zbyt słodki)
Dynię obrałam, pokroiłam w grubą kostkę, zasypałam połową szklanki cukru i odstawiłam na noc do lodówki. Następnego dnia przełożyłam dynię wraz z cukrowym sokiem do rondla, dodałam skórkę, sok i miąższ pomarańczy, cukier i laskę wanilii, z wydłubanymi ziarenkami, przekrojoną na kilka części, gotowałam, aż się rozpadło i zgęstniało. Przełożyłam do słoików (czystych, wyparzonych, suchych), zakręciłam porządnie, ułożyłam do góry dnem, przykryłam kilkoma ściereczkami. Z takiej ilości wyszło mi 6 niewielkich słoików.
Kulinarki bardzo serdecznie pozdrawiam, a wszystkich Czytelników zachęcam do oglądania jutrzejszego odcinka Konika :)
Smacznego! :)
Zaczęło się od przyjazdu na wieś, poprzedzonego drobnym nieporozumieniem (czekałam na dziewczyny z innej strony, niż po mnie przyjechały ;) ). Następnie rozdzieliłyśmy się miejscami do spania, schowałyśmy wino do lodówki i poszłyśmy po drewno, żeby ciepło ognia z pieca nas rozgrzało szybciej, niż wino. Zapoznałyśmy się z podwórkiem Magdy, z domem Magdy, no i ze sobą nawzajem. Co się działo w piątek, do późnych godzin nocnych, pozostanie naszą tajemnicą :) Powiem tylko, że jedną z rzeczy, jakie się zadziały, były pyszne placki ziemniaczano-dyniowe, które robiłyśmy wspólnie (obieranie ziemniaków, obieranie dyni, tarcie składników, doprawianie, smażenie... :) ).
![]() |
| Foto by Sylwia Michałowska |
Następnego dnia, czyli w sobotę, zerwałyśmy się wcześnie rano, żeby przygotować się na spotkanie z ekipą Konika:
| Foto by Magda Majewska |
| Foto by Magda Majewska |
| Foto by Magda Majewska |
![]() |
| Foto by Sylwia Michałowska |
![]() |
| Piękne ujęcie naszej Gospodyni, by Sylwia Michałowska |
![]() |
| Foto by Sylwia Michałowska - Soczewiaki Edyty z EkoQuchni |
![]() |
| Foto by Sylwia Michałowska - Babka ziemniaczano-warzywna Asi ze Smakować |
![]() |
| Foto by Sylwia Michałowska - Pyzy/Kartacze z mięsem Magdy z Kopalni Smaków (tu: w przygotowaniu) |
![]() | |
| Foto by Sylwia Michałowska - Zupa grzybowa Sylwii ze Z miłości do jedzenia |
| Foto by Magda Majewska - w dzbanku znalazł się kompot Magdy z jabłek z Jej sadu :) |
![]() |
| Foto by Sylwia Michałowska - ciasto z jabłkami i śliwkami Hani z Samych Dobrych Rzeczy |
A na koniec, obiecane przeze mnie przepisy na brownie z gruszkami i dżem dyniowo-pomarańczowy z wanilią.
![]() |
| Foto by Sylwia Michałowska - brownie z gruszkami Ewy z Kuchennych Ewolucji |
2 tabliczki (200 g) gorzkiej czekolady
1 kostka (200 g) masła
100 g mąki
300 g cukru
6 jaj
na ogół dodaję mniej cukru, na taką ilość - 200g. Dobrze smakuje ze wszystkimi dodatkami - skórka z pomarańczy, wiśnie z nalewki, czarne porzeczki ze straganu, gruszki z ogrodu Babci. Wybrane dodatki można wymieszać z ciastem, bądź ułożyć w artystycznym nieładzie na wierzchu.
Czekoladę i masło roztapiam w żaroodpornym naczyniu, ustawionym na garnku z niewielką ilością gotującej się wody.
Jajka dokładnie roztrzepuję, dodaję cukier i powoli mąkę (ręcznie albo mikserem).
Kiedy masa czekoladowo-maślana przestygnie, łączę ją z resztą ciasta, powoli mieszając. Wylewam do formy wyłożonej papierem do pieczenia (ta ilość składników i to, co widać na zdjęciu, wystarczą na zwykłą blaszkę, 25-30/35-40cm.
Piekę około 30 minut w 180 stopniach.
| Foto by Magda Majewska - dżem dyniowo-pomarańczowy z wanilią Ewy z Kuchennych Ewolucji |
![]() |
| Foto by Sylwia Michałowska - dżem dyniowo-pomarańczowy z wanilią Ewy z Kuchennych Ewolucji |
Ja użyłam:
- ok. 2 kg dyni
- skórkę z jednej pomarańczy
- miąższ z jednej pomarańczy
- sok z jednej pomarańczy
- jedną laskę wanilii
- 300-400g cukru zwykłego (nie pamiętam dokładnie, ale dżem nie jest zbyt słodki)
Dynię obrałam, pokroiłam w grubą kostkę, zasypałam połową szklanki cukru i odstawiłam na noc do lodówki. Następnego dnia przełożyłam dynię wraz z cukrowym sokiem do rondla, dodałam skórkę, sok i miąższ pomarańczy, cukier i laskę wanilii, z wydłubanymi ziarenkami, przekrojoną na kilka części, gotowałam, aż się rozpadło i zgęstniało. Przełożyłam do słoików (czystych, wyparzonych, suchych), zakręciłam porządnie, ułożyłam do góry dnem, przykryłam kilkoma ściereczkami. Z takiej ilości wyszło mi 6 niewielkich słoików.
Kulinarki bardzo serdecznie pozdrawiam, a wszystkich Czytelników zachęcam do oglądania jutrzejszego odcinka Konika :)
Smacznego! :)
wtorek, 25 września 2012
W Grupie Siła, czyli krótka relacja z Przetwornianki
| fot. Magda Majewska |
| fot. Edyta Żuk-Kempa |
| fot. Edyta Żuk-Kempa |
| fot. Magda Majewska |
| fot. Magda Majewska |
Około 16. zaczęli się schodzić nasi Goście i uczestnicy Jesiennej Wymiany Przetworów
| fot. Magda Majewska |
| fot. Edyta Żuk-Kempa |
| fot. Edyta Żuk-Kempa |
| fot. Magda Majewska |
| fot. Magda Majewska |
| fot. Magda Majewska |
| fot. Magda Majewska |
| fot. Magda Majewska |
| fot. Magda Majewska |
![]() |
| fot. Magda Majewska (+drobna zmiana kolorów z mojej strony) |
poniedziałek, 24 września 2012
Dlaczego jajecznica jest pyszna oraz zbiór różnych bzdur
Dziś chcę powiedzieć Wam o kilku różnych sprawach, nie związanych bezpośrednio z kulinariami, choć w pewnym sensie się z nimi łączących. Na początku może zaznaczę, jeśliby znalazł się jakiś maruder, że pomimo, iż jest to blog w znacznej mierze kulinarny, to przede wszystkim jest to m ó j blog, więc mogę tu opisywać też m o j e smutki. I właśnie tymi smutkami chciałabym się podzielić dziś ze światem (ale nie jest tak źle, na deser pojawi się jajecznica, kto moich żali czytać nie chce, niech przewija na dół tego wpisu ;) ).
Moje przygnębienie spowodowane jest sytuacją na rynku pracy (choć pewnie też nadchodzącą zimą, pms-em itd. ...). W tym roku skończyłam studia (i cieszę się, że ten etap jest już za mną) i powoli na ten rynek pracy wkraczam (wcześniej, w trakcie studiów, jak szukałam pracy, to mi mówili, że studentów nie przyjmują. Teraz jest na odwrót.). Bardzo chcę pracować, ale pracodawcy nie bardzo chcą mnie zatrudnić - z jednej prostej przyczyny: nie mam doświadczenia. Ok, to może być przeszkodą, ale przecież nie jest wielkim problemem przyuczenie kogoś do pracy, jaką ma wykonywać albo zaproponowanie mu wpierw stażu za kieszonkowe. Tak mi się przynajmniej zdawało do tej pory. Teraz widzę, że wszędzie chcą zatrudniać młodych studentów z przynajmniej trzyletnim doświadczeniem w pracy na pełny etat, dyspozycyjnych we wszystkie weekendy, święta i nadgodziny, z własnym samochodem, będących ciągle pod telefonem, znających biegle ze dwa języki obce, chętnych do służbowych wyjazdów, a jeśli są płci żeńskiej - to dobrze by było, gdyby były w związku z tymi wyjazdami służbowymi dyskretne.
Jest też inny rodzaj pracodawców. Tacy zatrudniają wszystkich, bez doświadczenia, bo i tak zapewniają "szkolenie i niezbędne materiały". Zapewniają stawkę godzinową i/lub prowizję. Praca najczęściej polega na wykonywaniu i/lub odbieraniu połączeń telefonicznych. Umowa zlecenie, na pełny etat, żeby wziąć ustawowe pięć minut wolnych od komputera, trzeba się pytać przełożonego o pozwolenie, grafik ustalany przez HRowców, mających siedzibę w zupełnie innym mieście, płacą mniej niż najniższa krajowa. Oczywiście jest to praca w korporacji, a jak wiadomo, korporacje są biedne i nie mają pieniędzy na lepsze warunki dla swoich pracowników, stąd notoryczny brak mydła i papieru toaletowego, składki na płyn do mycia naczyń i gąbki, dyżury pracowników do sprzątania kuchni, bo sprzątaczka przecież ma ważniejsze sprawy na głowie, jak np. narzekanie, że jest brudno.
Nie wiem, czy powinnam o tym pisać, ale przecież nie podaję nazwy firmy, w której pracuję, żadnych nazwisk, żadnych tajemnic. Mówię tylko o warunkach pracy.
Czemu więc tam pracuję, skoro jest niezbyt fajnie? Po pierwsze, wszyscy ludzie, którzy pracują gdziekolwiek, twierdzą, że w każdej pracy jest beznadziejnie i że akurat moja nie jest tak zła (aha.). Po drugie, nigdzie indziej nie chcieli mnie zatrudnić (choć ponoć półtora miesiąca szukania pracy to bardzo mało). Po trzecie, nawet te grosze, które tam zarabiam, to zawsze lepiej, niż nie zarabiać nic. Po czwarte, ciągle mam nadzieję, że moja sytuacja się poprawi.
Najbardziej chciałabym pracować na własny rachunek. Móc zrobić przerwę wtedy, kiedy tego potrzebuję. Móc wypić kawę przy komputerze. Zawsze mieć mydło i papier toaletowy w ubikacji. Nie bać się tego, że ktoś mi zwinie z lodówki drugie śniadanie. A najważniejsze - robić to, co lubię, czym się interesuję, o czym mam pojęcie i przez co jestem w tym dobra (i chcę być jeszcze lepsza). I nie zależy mi na kokosach - chcę po prostu wieść spokojne życie.
Niestety, na zakładanie swojej działalności trzeba mieć super fajny pomysł oraz kupę kasy (o ile z tym pierwszym jest u mnie spoko, to to drugie to katastrofa). I jak młody człowiek ma cieszyć się życiem i mieć nadzieję na przyszłość?
Trochę na duchu podtrzymuje mnie to, co robimy teraz z Białostockimi Blogerkami. Jedna udana akcja już za nami, bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, mamy kupę pomysłów i wspólne cele. Może coś z tego wyjdzie.
A oto moje wczorajsze łupy z Przetwornianki:
Tymczasem idę rozwiesić pranie i wmawiać sobie, że wcale nie mam złej pracy. Zobaczymy, czy afirmacja skutkuje, czy jeszcze przed wyjściem usiądę gdzieś w kącie i się popłaczę ;)
ps. Ogólnie nie jestem narzekaczem, ale czasem nie mogę się powstrzymać i muszę coś z siebie wyrzucić, bo inaczej oszaleję. Jeśli ktoś przeczytał całość i dotrwał do tego momentu - dziękuję! i zapraszam na herbatę z sokiem malinowym :)
ps2. Zapomniałam napisać, dlaczego jajecznica jest pyszna, ale zabrakło mi słów. Jest bo jest i tyle ;)
Moje przygnębienie spowodowane jest sytuacją na rynku pracy (choć pewnie też nadchodzącą zimą, pms-em itd. ...). W tym roku skończyłam studia (i cieszę się, że ten etap jest już za mną) i powoli na ten rynek pracy wkraczam (wcześniej, w trakcie studiów, jak szukałam pracy, to mi mówili, że studentów nie przyjmują. Teraz jest na odwrót.). Bardzo chcę pracować, ale pracodawcy nie bardzo chcą mnie zatrudnić - z jednej prostej przyczyny: nie mam doświadczenia. Ok, to może być przeszkodą, ale przecież nie jest wielkim problemem przyuczenie kogoś do pracy, jaką ma wykonywać albo zaproponowanie mu wpierw stażu za kieszonkowe. Tak mi się przynajmniej zdawało do tej pory. Teraz widzę, że wszędzie chcą zatrudniać młodych studentów z przynajmniej trzyletnim doświadczeniem w pracy na pełny etat, dyspozycyjnych we wszystkie weekendy, święta i nadgodziny, z własnym samochodem, będących ciągle pod telefonem, znających biegle ze dwa języki obce, chętnych do służbowych wyjazdów, a jeśli są płci żeńskiej - to dobrze by było, gdyby były w związku z tymi wyjazdami służbowymi dyskretne.
Jest też inny rodzaj pracodawców. Tacy zatrudniają wszystkich, bez doświadczenia, bo i tak zapewniają "szkolenie i niezbędne materiały". Zapewniają stawkę godzinową i/lub prowizję. Praca najczęściej polega na wykonywaniu i/lub odbieraniu połączeń telefonicznych. Umowa zlecenie, na pełny etat, żeby wziąć ustawowe pięć minut wolnych od komputera, trzeba się pytać przełożonego o pozwolenie, grafik ustalany przez HRowców, mających siedzibę w zupełnie innym mieście, płacą mniej niż najniższa krajowa. Oczywiście jest to praca w korporacji, a jak wiadomo, korporacje są biedne i nie mają pieniędzy na lepsze warunki dla swoich pracowników, stąd notoryczny brak mydła i papieru toaletowego, składki na płyn do mycia naczyń i gąbki, dyżury pracowników do sprzątania kuchni, bo sprzątaczka przecież ma ważniejsze sprawy na głowie, jak np. narzekanie, że jest brudno.
Nie wiem, czy powinnam o tym pisać, ale przecież nie podaję nazwy firmy, w której pracuję, żadnych nazwisk, żadnych tajemnic. Mówię tylko o warunkach pracy.
Czemu więc tam pracuję, skoro jest niezbyt fajnie? Po pierwsze, wszyscy ludzie, którzy pracują gdziekolwiek, twierdzą, że w każdej pracy jest beznadziejnie i że akurat moja nie jest tak zła (aha.). Po drugie, nigdzie indziej nie chcieli mnie zatrudnić (choć ponoć półtora miesiąca szukania pracy to bardzo mało). Po trzecie, nawet te grosze, które tam zarabiam, to zawsze lepiej, niż nie zarabiać nic. Po czwarte, ciągle mam nadzieję, że moja sytuacja się poprawi.
Najbardziej chciałabym pracować na własny rachunek. Móc zrobić przerwę wtedy, kiedy tego potrzebuję. Móc wypić kawę przy komputerze. Zawsze mieć mydło i papier toaletowy w ubikacji. Nie bać się tego, że ktoś mi zwinie z lodówki drugie śniadanie. A najważniejsze - robić to, co lubię, czym się interesuję, o czym mam pojęcie i przez co jestem w tym dobra (i chcę być jeszcze lepsza). I nie zależy mi na kokosach - chcę po prostu wieść spokojne życie.
Niestety, na zakładanie swojej działalności trzeba mieć super fajny pomysł oraz kupę kasy (o ile z tym pierwszym jest u mnie spoko, to to drugie to katastrofa). I jak młody człowiek ma cieszyć się życiem i mieć nadzieję na przyszłość?
Trochę na duchu podtrzymuje mnie to, co robimy teraz z Białostockimi Blogerkami. Jedna udana akcja już za nami, bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, mamy kupę pomysłów i wspólne cele. Może coś z tego wyjdzie.
A oto moje wczorajsze łupy z Przetwornianki:
Butla soku z antonówek, słoik soku z malin (bardzo dobrze smakuje z herbatą), słoik dżemu z malin i słoik wiśni w syropie. Przy okazji dodam, że wiśnie dostałam od Państwa Sandmanów. Żółty mieczyk i bukiet ziół z kolei pochodzą z ogródka Magdy.
Garść tych ziółek dorzuciłam dziś do jajecznicy. Znalazły się tam: lubczyk, natka pietruszki, bazylia cytrynowa, szałwia, estragon i coś mechatego, co wygląda jak mięta, ale nie pachnie w ogóle miętowo ;)
Na oliwę na patelni wrzuciłam pół posiekanej cebuli, kiedy się podsmażyła, dodałam trzy jajka, garść ziół i posiekanego pomidora. Doprawiłam solą i pieprzem, pomieszałam chwilę, aż jajka się ścięły i przełożyłam na talerz.
Do tego trochę chleba (niestety, ze sklepu) i ogórek kiszony. Prócz chleba, soli i pieprzu - wszystkie składniki pochodzą ze wsi. Smacznego! :)
ps. Ogólnie nie jestem narzekaczem, ale czasem nie mogę się powstrzymać i muszę coś z siebie wyrzucić, bo inaczej oszaleję. Jeśli ktoś przeczytał całość i dotrwał do tego momentu - dziękuję! i zapraszam na herbatę z sokiem malinowym :)
ps2. Zapomniałam napisać, dlaczego jajecznica jest pyszna, ale zabrakło mi słów. Jest bo jest i tyle ;)
niedziela, 23 września 2012
Przetwornianka i Konik, czyli Nieformalna Grupa Białostockich Blogerek Kulinarnych zaczyna działać
Dziś krótko wspomnę o mijającym weekendzie (ach, niedziela wieczór...). Na początku bardzo chcę podziękować Dziewczętom za wspólnie spędzony czas i mam nadzieję, że przyszłe nasze spotkania i akcje będą jeszcze lepsze. Po piątkowej integracji w wiejskim domku Magdy zbliżyłyśmy się do siebie, otworzyłyśmy przed sobą (duuuużo wina... ;) ) i mamy pomysły na kolejne wydarzenia i spotkania.
A co takiego, oprócz picia wina, robiły dziewczyny na wsi? Otóż kręciły, wraz z Beatą Golak (którą bardzo serdecznie pozdrawiam!) i Jej ekipą, jeden z odcinków programu Konik. Opowiadałyśmy o tym, co robimy, czemu akurat tam się spotkałyśmy, co planujemy i dlaczego w ogóle się zorganizowałyśmy. Emisja odcinka odbędzie się w przyszłym albo w jeszcze następnym tygodniu, na łamach TVP Białystok, o czym wkrótce więcej informacji pojawi się na naszych blogach.
Trzy godziny temu z kolei wystartowała Przetwornianka. Akcja była bardzo udana, wszyscy nasi Goście - zadowoleni, a i my szczęśliwe, że wyszło wszystko bardzo dobrze. Dziękujemy też Właścicielom Labalbalu, że użyczyli nam miejsca i nas wspierali. Pewnie zorganizujemy u nich coś jeszcze w przyszłości :)
Szersza relacja z obu tych wydarzeń powstanie niedługo, jeśli dziewczęta podzielą się ze mną swoimi zdjęciami ;) Mój aparat do fotografowania potraw na razie mi wystarczy, ale do robienia zdjęć w ciemniejszych pomieszczeniach już nie bardzo się nadaje ;)
Wrzucam za to zdjęcie słonecznika z Magdowego ogrodu, jako pamiątkę udanego weekendu i, mam nadzieję, dobry znak na przyszłość :)
czwartek, 20 września 2012
Trochę prywaty...
Dziś od Sylwii dowiedziałam się, że najprawdopodobniej jutro w Gazecie Współczesnej ukaże się artykuł o nas - czyli o Białostockich Blogerkach Kulinarnych. Zachęcam więc do kupienia jutrzejszego wydania gazety i zapoznania się z nami nieco może dokładniej ;)
Chciałabym tylko sprostować jedną rzecz - w trakcie rozmowy powiedziałam, że prowadzę bloga 3-4 lata. Przed chwilą zajrzałam na mój wcześniejszy blog, na bloxie, z którego wyczytałam, że pierwszy mój wpis pojawił się 29.08.2010r. :-)
Jakkolwiek by na to nie patrzeć, trzech lat z tego nie ma, tym bardziej czterech, a ledwo są dwa :) Czas po prostu tak szybko leci, tyle rzeczy się dzieje, tyle się zmienia, że czasem człowiek nie ogarnia ;) No i tym razem ja nie ogarnęłam, a tu proszę... niedawno kuchenneewolucje świętowały swoje dwa latka.
W tym czasie na blogu sporo się zmieniło - od adresu poczynając, na jakości zdjęć kończąc. Oczywiście, co do jakości fotek, wiele jeszcze pozostaje do życzenia, ale i tak są już dużo lepsze, niż na początku.
Mam nadzieję, że mój blog zmienia się w dobrą stronę, że Czytelników będzie mi przybywać i że jeszcze więcej ciekawych spraw, związanych z jego prowadzeniem, wyniknie :)
Chciałabym tylko sprostować jedną rzecz - w trakcie rozmowy powiedziałam, że prowadzę bloga 3-4 lata. Przed chwilą zajrzałam na mój wcześniejszy blog, na bloxie, z którego wyczytałam, że pierwszy mój wpis pojawił się 29.08.2010r. :-)
Jakkolwiek by na to nie patrzeć, trzech lat z tego nie ma, tym bardziej czterech, a ledwo są dwa :) Czas po prostu tak szybko leci, tyle rzeczy się dzieje, tyle się zmienia, że czasem człowiek nie ogarnia ;) No i tym razem ja nie ogarnęłam, a tu proszę... niedawno kuchenneewolucje świętowały swoje dwa latka.
W tym czasie na blogu sporo się zmieniło - od adresu poczynając, na jakości zdjęć kończąc. Oczywiście, co do jakości fotek, wiele jeszcze pozostaje do życzenia, ale i tak są już dużo lepsze, niż na początku.
Mam nadzieję, że mój blog zmienia się w dobrą stronę, że Czytelników będzie mi przybywać i że jeszcze więcej ciekawych spraw, związanych z jego prowadzeniem, wyniknie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















